piątek, 13 listopada 2009
nietuczy

www.digart.pl

kkkkkkk

20:32, komentatorkabloga
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 grudnia 2008
Styczeń plecień

Styczeń zapowiada się burzliwy. Szefostwo zapowiedziało szereg zmian w firmie w związku z kryzysem, który stoi u naszych bram, a nawet jest ante portas. Podobno może nam to wyjść na dobre, ale nie musi. Szef przebąkuje coś o możliwości przeprowadzki firmy do innego miasta, albo o rozbiciu jej na mniejsze filie. I że powinniśmy wszyscy być elastyczni. OK., jestem elastyczna jak guma w gaciach, kiedy trzeba. Nie mam własnego mieszkania ani domu, zawsze wynajmuję, na moich walizkach kurz nigdy nie osiada na dłużej. Proszę bardzo. Nawet mnie to dość elektryzuje. Martwi mnie tylko, że nadciągają jakieś poważne zmiany związane z providerem internetowym, a z doświadczenia wiem, że takie zmiany lubią się komplikować i babrać. Więc kto wie, czy w styczniu będę miała regularny dostęp do sieci. A w domu internetu nie mam.

Dziś na tramwajowym telewizorku pokazywali żart Mleczki. Syn pyta ojca (czy ktoś zna żarty rysunkowe, na których córka pyta o coś matkę? I dlaczego takich nie ma?): tato, czy jak czegoś nie ma w mojej wyszukiwarce, to to coś nie istnieje? Zastanawiałam się, czy obecne na sali (w tramwaju) osoby starsze, powyżej 70-tki, rozumieją ten żart? Czy wiedzą, co to jest wyszukiwarka? Może rozumieja ten żart tak: czy jeśli czegoś nie mogę znaleźć, to znaczy, że tego czegoś nie ma? I  o czym to świadczy? Odpowiedzi proszę dostarczyć w formie pisemnej najpóźniej do końca stycznia, na adres: Komentatorkabloga, jeszcze bardziej prowincjonalna filia firmy, Kiełbasa Dolna, powiat Pasztet z Drutu, województwo zacofane.

19:08, komentatorkabloga , życie me
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 grudnia 2008
Klasyfikacja cyfr

Oto odkrycie, jakiego dokonałam w czasie nudnej służbowej nasiadówki u szefa: klasyfikacja cyfr arabskich według wyglądu.

Cyfry kanciaste:
1 4 7
Cyfra w połowie okrągła, w połowie kanciasta, rozdarta między światem okrągłości a światem kanciastości:
5
Cyfra pseudookrągła, pełna zawijasów, zamotana:
2
Cyfry zdecydowanie, konsekwentnie okrągłe:
0 3 6 8 9

Teraz w ramach swojego obłędu zastanawiam się, dlaczego Arabki właśnie tak to wymyśliły i co chciały światu przez to powiedzieć.

09:14, komentatorkabloga , Haczyki
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 grudnia 2008
Krucho z nami

W jakiejś wsi trzech facetów piło i zagryzało boczkiem: jeden się zakrztusił, kawałek boczku stanął mu w gardle. Padł na ziemię, koledzy od picia „nie potrafili mu pomóc”, jak można przeczytać w internecie, i facet zadławił się na śmierć. 

Niby to kolejne medialne doniesienie z rodzaju tych o ciężarówce ze żwirem, która w Poznaniu wjechała do Warty, ale przypomniało mi się, jak kilka lat temu na uroczystym bankiecie w Szwecji pewna dystyngowana starsza pani, która siedziała obok mnie przy stole, zakrztusiła się canneloni. Najpierw zaczęła w zduszony sposób pokasływać i prychać, zrobiła się czerwona na twarzy. Potem wstała w panice, krzesło przewróciło się na podłogę, a ona stała pochylona nad stołem i usiłowała coś wykrztusić z gardła. W wielkiej sali zrobiło się cicho, jak makiem zasiał, dla wszystkich było jasne, że ta kobieta walczy o życie. Jednocześnie w powietrzu wisiało coś w rodzaju zażenowania, zawstydzenia, niektórzy patrzyli w bok, próbowali się uśmiechać. Po kilku chwilach ta kobieta odeszła kilka kroków na bok, pochyliła się, oparła ręce na kolanach, całą sobą próbowała odkaszlnąć. Doskoczyłam do niej (wydawało mi się, że wieki później), bez zastanowienia zaczęłam walić ją mocno otwartą ręką między łopatkami, aż dudniło w tej ciszy. Jakieś dwie inne kobiety, Szwedki, objęły ją w pół i głaskały po ramieniu (!). Kobieta wyszarpnęła się, odeszła jeszcze dalej, cały czas walczyła, w końcu usłyszeliśmy brzydki odgłos i miałam wrażenie, że w końcu udało je się pozbyć tego czegoś, co utknęło w jej gardle. Na chwiejnych nogach wyszła z sali, a na drugi dzień przy śniadaniu śmiała się i była rozluźniona. Nie pamiętała w ogóle, że ktoś do niej podszedł, powiedziała, że była pewna, że to są jej ostatnie chwile.

Dla mnie niezwykła była ta cisza, która zapadła, kiedy reszta naszego ludzkiego stada zrozumiała którymś zmysłem, że obok nas ktoś walczy o życie. Że jest na krawędzi. I ten paraliż większości z nas. Bezradność. Przemknęło mi tylko przez głowę coś o rozcinaniu tchawicy czy krtani nożem, żeby wydostać z niej „ciało obce” i w ten sposób uratować życie człowiekowi, który się dławi. Ale gdyby ta kobieta nie wykrztusiła z siebie w końcu kawałka makaronu, udusiłaby się na naszych oczach. Nikt nie umiałby jej skutecznie, fachowo pomóc.

Pierwszej pomocy powinno się uczyć dzieci w szkole. Zdanie matury powinno być niemożliwe bez perfekcyjnej, praktycznej znajomości pomocy choćby w takim przypadku jak dławienie się. Zamiast tego wtłaczamy sobie do głowy wiedzę o układzie moczowym żaby i podobne bzdury. No i jeszcze jedna rzecz, która przyszła mi do głowy, kiedy przeczytałam o tym pijącym, który się udusił boczkiem: jakie kruche jest nasze życie, jak w każdej chwili wisi na włosku.

10:48, komentatorkabloga , wkoło wesoło
Link Komentarze (3) »
środa, 10 grudnia 2008
Patriarsze medale

Spodobał mi się kiedyś bardzo pomysł jednej z blogerek, która założyła bloga o tytule bodajże „Same dobre wiadomości”, w ramach wkurzenia na to, że media zalewają nas tysiącami wiadomości złych. Ale media rozumieją, że nic tak nie zaciekawi człowieka, jak katastrofa czy inna tragedia, więc nawet w ociekającym lukrem RMF Classic tuz przed kolejnym wiedeńskim walcem czy inną kiczowatą melodyjką wtłaczają pospiesznie rewelacyjną wiadomość: „W Poznaniu ciężarówka ze żwirem wjechała do Warty”. Cóż za fajerwerk, cóż na nius! Musi to na razie wystarczyć, dopóki nie wydarzy się coś ciekawszego, np. zanim w Nowym Targu wybuch gazu nie zdemoluje domu albo zanim samolot prezydenta nie wpadnie w turbulencje.

Sama chciałabym pisać tylko o pozytywach, a przede wszystkim chciałabym głównie pozytywy dostrzegać. Jak jaka Polyanna. Ale nie udaje mi się. Niedawno dostrzegłam (dzięki prasie, która to nagłośniła), że Wałęsa przyznał nagrodę królowi Arabii Saudyjskiej, totalitarnego państwa, w którym kobiety nie mają prawa prowadzić samochodu, zgwałconą kobietę karze się za to, że siedziała z mężczyzną w samochodzie, chrześcijanie (i wyznawcy innych religii chyba też?) muszą kryć się po kątach z krzyżykiem, który dynda im pod koszulą lub bluzką, i ogólnie panuje ostry, islamski patriarchat. Albo mówiąc jaśniej dla Wałęsy: totalitaryzm, zamordyzm, komuna, tylko bardzo na odwrót. I Wałęsa - a także prof. Władysław Bartoszewski! – przyznaje szefowi tego zamordyzmu medal i pieniądze. Bartoszewski pytany na tę okoliczność przez Wyborczą wypowiada się jak oszołom, bynajmniej nie jak autorytet moralny, za którego wiele osób go uważa: „Nie zachwyca mnie ten kraj, ale taka jest kultura islamu.” Słucham??? Taka jest kultura islamu? Pan przecież walczył z komunizmem, panie profesorze – może trzeba było wzruszyć ramionami i powiedzieć sobie „taka jest kultura PRL-u”?


Dalej Bartoszewski: „Instytut Lecha Wałęsy przysłał mi pozytywną opinię ONZ o królu, o jego działalności na rzecz dialogu religijnego, pokoju na Bliskim Wschodzie i przezwyciężania fundamentalizmu”. Pierwszy lepszy tzw. szary człowiek z ulicy wie, że w Arabii Saudyjskiej nie ma demokracji, a prof. Bartoszewski zdaje się w tej sprawie na opinię jakiegoś instytutu? Zawstydzający poziom argumentacji, wykręcanie się od odpowiedzialności. Najwyraźniej Bartoszewskiego ta sprawa mało obchodzi. Kobiety w Polsce po raz kolejny dostały wyraźny sygnał, że prawa kobiet, czy tu czy tam, to dla rządzących mały pryszcz. Na patriarchalnym dworze możnowładców i dzierżycieli męskiego honoru liczą się gesty, napuszone słowa, złote łańcuchy i męskie kontredanse. Kobiety i ich prawa są w tych komnatach kompletnie nieważne.

09:42, komentatorkabloga , feminizm
Link Komentarze (12) »
sobota, 06 grudnia 2008
warszawskie kolesiówki

Pani Lidio, feminizm to nie tylko Warszawa

Bardzo sie ciesze, ze napisaliscie w Obcasach o 90 rocznicy praw wyborczych Polek. Ciesze sie takze, feminizm w Polsce jest, ze sa dzialaczki feministyczne, ciesze sie nawet z tego, ze powstala Partia Kobiet. Uwielbiam felietony prof. Srody w srodowej Wyborczej, zagladam czesto na portal Feminoteki i na strony Federy, odczuwam wielki szacunek i uznanie dla polskich feministek, ktore robia manify i wiele innych potrzebnych rzeczy.

Teraz wielkie ALE: z artykulu Lidii Ostalowskiej wynika, ze polityka zajmuja sie w Polsce tylko i wylacznie feministki mieszkajace w Warszawie. Artykul az ocieka warszawocentryzmem: pokazanych jest w nim 12 kobiet z Warszawy - i w charakterze listka figowego jedna jedyna kobieta z Bieszczad. 

Teraz kilka pytan: Czyzby poza Warszawa nic sie w Polsce nie dzialo??? Dlaczego o zaangazowaniu feministek w polska polityke, trudnych relacjach z polityczkami prawicowymi wypowiadaja sie w artykule osoby, ktore wtedy chodzily jeszcze do szkoly i znaja te kwestie glownie z tekstow swoich kolezanek, ktore dzialaly wtedy na styku polityki i feminizmu??? Dlaczego nie mowia o tym osoby, ktore sie wtedy bezposrednio angazowaly w tzw. aktywizacje polityczna kobiet? Czyzby juz umarly albo nie mialy telefonow ani emaili? Czy pani Ostalowska nie slyszala nic o dzialaniach feministek z Poznania na rzecz zwiekszenia liczby kobiet w parlamencie? A o wielu inicjatywach lokalnych w tej samej sprawie, chocby we wspomnianym Poznaniu, Krakowie, Gdansku, Wroclawiu, Lublinie czy na Slasku??? Dlaczego po raz setny polski feminizm zostaje zredukowany do Warszawy i do znudzenia prezentuje sie nam wciaz te same twarze? Czy wy w Obcasach nie rozumiecie, ze Polska nie konczy sie na Warszawie? Czy nie stac was na telefon do Poznania czy Katowic i na przedstawienie opinii kogos innego niz wciaz te same warszawianki?

Zaprezentowanie w omawianym artykule 12 zaangazowanych w feminizm osob z Warszawy i tylko jednej z tzw. terenu to wielka slabosc tego tekstu. Zachecam pania Ostalowska do wysciubienia nosa poza stolice i kontaktu z innymi jeszcze feministkami niz te, ktore zna w Warszawie. Wiecej Polek, mniej warszawianek.

(PS. Nie, nie zazdroszcze nikomu zameldowania w stolicy. Nie, nie jetem zawistna, brzydka, zakompleksiona, bez chlopa, bez baby, bez pracy, bez pieniedzy. Tak, wiem, ze moja proba wytlumaczenia tego co wyzej napisalam, zostanie odebrana jako zawistny atak i czepianie sie sfrustrowanej dzialaczki z prowincji.)

Znalazłam ten tekst na forum "Wysokie Obcasy" i "Feminizm". Zamieszczam, bo sie z nim w calosci zgadzam.Sama moglabym jeszcze wiecej dopowiedzieć, ale nie chce się dziś denerwować.

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=212&w=88197707

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=933&w=88197381 

19:05, komentatorkabloga , feminizm
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Masłowska podaje łapkę

Dorota Masłowska mnie martwi. Uważam, że jest znakomitą pisarką, jej legendarne wyczucie języka stawia ją obok pisarki tej miary, co Elfriede Jelinek.

Ale ostatnio przeczytałam dwa wywiady z nią, związane z jej najnowszą publikacją, sztuką teatralną, i jestem zaskoczona rodzajem refleksji, które Masłowska snuje. I w pierwszym wywiadzie (nie pamiętam, z kim i w jakim czasopismie), i w drugim (w najnowszym „Przekroju”) prezentuje się jako osoba patrząca krytycznie na polską rzeczywistość, i nie trzeba chyba dodawać, że jest to ostra krytyka. A jednocześnie wypowiada opinie niesłychanie wtórne, płytkie, świecące światłem odbitym najpewniej od jej mentora i wydawcy Dunina-Wąsowicza, redaktora „Lampy” i szefa wydawnictwa Lampa i Iskra Boża. Dunin-Wąsowicz, który robi kilka alternatywnych, ciekawych rzeczy, jest tak typowym dla Polski przedstawicielem kultury młodej (czy raczej niedawno jeszcze młodej), alternatywnej, w jakis tam sposób jajcarskiej – i jednocześnie jest konserwatywnym betonem. Tak, takie rzeczy na świecie istnieją. Podobnie jak istnieją geje-faszyści, jak się niedawno dowiedziałam (patrz zmarły Haider). Dorotę Masłowską, młodą jak pietruszka pisarkę z Wejherowa, konserwatywny „Dunio” wprowadził w świat młodych, warszawskich pisarzy, wydał z olbrzymim sukcesem jej książki. Nic dziwnego, że jego poglądy prędzej czy później wybiły w jej domu i zagrodzie jak szambo, niestety. (A wyglądało na to, że Masłowska potrafi myśleć samodzielnie.) I tak oto obwieszcza nam młoda, zadziorna pisarka w wywiadzie, że ci wykształceni, postępowi Polacy, którzy są za Unią Europejską, tolerancją dla gejów i lesbijek i za nowoczesną Polską, plują jadem i nienawiścią na radiomaryjną kruchtę i w ogóle, ale to w ogóle nie okazują jej tolerancji, której się od ciemnych mas polskich domagają. Panienko Przenajświętsza, czy to naprawdę mówi Dorota Masłowska? Czyżby naczelna literacka żyleta RP stępiała do tego stopnia, że nie dostrzega kuriozalności domagania się tolerancji dla rasistów, faszystów, wszelkiej maści ksenofobów i homofobów? Bo nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś taki jak Masłowska postanowił po prostu najzwyczajniej w świecie podlizać się konserwie. Ale nie chce mi się też wierzyć, że z jej inteligencją można w taki sposób (nie)myśleć.

Celnie napisał o tej zadziwiającej, dość prawicowej tonacji w głosie Masłowskiej recenzent „Przekroju” Marcin Sendecki. Nota bene, na okładce „Przekroju”, a szczególnie w środku pisma Masłowska dała się pokazać jako miss mokrego podkoszulka. I do tego właśnie pije Sendecki, kiedy pisze: „Jak na kogoś, kto tak ładnie wyśmiewa głupotę mediów, Masłowska całkiem chętnie się w nich wypowiada i – by tak rzec – gra ciałem, choć wie przecież, że gdyby była 40-letnim facetem, a pisała podobnie, nikt by jej tym głowy nie zawracał”. Polska literatura jest pełna 40-letnich facetów, którzy wstukali w klawiaturę byle co i wskutek tego natychmiast zostali wstrzeleni prosto na literacki parnas, szczególnie gdy piszą o dupach, wódce albo inne fantasy. Masłowska jest lata świetlne przed nimi – ale ten mokry podkoszulek i trzymanie się za piersi na okładce „Przekroju” pięknie wpisują się w jej podawanie łapki konserwie.

 Ale może to tylko taka faza. Albo poza.

18:20, komentatorkabloga , media
Link Komentarze (4) »
czwartek, 27 listopada 2008
Tramwaj zwany Polską
Wszyscy tylko narzekają i wieszają psy na czym/ na kim się da. Ja też. Wszystko jest wredne, podłe, złe, marne, byle jakie, nie takie, durne bo polskie. Kraj do dupy, pogoda fatalna, ciemno, zimno, dziury w asfalcie, ludzie nieżyczliwi, nikt się do nikogo nie uśmiecha, w przeciwieństwie do zagranicy, gdzie jest wspaniale. A ja dzisiaj jechałam tramwajem, telepiącym się, zatłoczonym, oświetlonym trupim światłem neonówek. Wsiadła do niego z trudem, bo wysokie stopnie, dziewczyna podpierająca się kulą, a brzydki, gruby na twarzy chłopak wstał i ustąpił jej miejsca. Dziewczyna nawet nie podziękowała, usiadła. On też na nią nie patrzył, gapił się ponuro w okno, a za oknem był kraj do dupy, pogoda fatalna, ciemno, zimno, dziury w asfalcie, ludzie nieżyczliwi, nikt się do nikogo nie uśmiechał, w przeciwieństwie do zagranicy, gdzie jest wspaniale.
21:54, komentatorkabloga , wkoło wesoło
Link Komentarze (3) »
środa, 26 listopada 2008
strzał w kaczą łapę
Czasami kupuję prawicową prasę typu „Rzeczpospolita”, głównie kiedy potrzebuję w pracy rzetelnych informacji prawnych. Zazwyczaj czytam Wyborczą, od dawna zresztą z coraz większą irytacją. W dzisiejszej Rzepie (którą ogólnie uważam za prawicową szmatę, mimo że tak nobliwie się prezentuje), prawicowy filozof Zdzisław Krasnodębski pisze o tym, że radio TOK FM i Wyborcza prowadzą niesłychaną kampanię nienawiści wobec prezydenta Kaczyńskiego. Z taką opinią już się kiedyś spotkałam. Czy to możliwe, że naród kocha i szanuje swoich bliźniaków, a śmieje się z nich tylko lewicowa część polskiej sceny politycznej i polskiego społeczeństwa? Dopuszczam możliwość, że żyję wśród ludzi lewicowo skrzywionych, a także pani z warzywniaka, pan z kiosku, cała moja rodzina plus rodziny moich przyjaciół i wszyscy w pracy – to zwykli lewacy, którym Gazeta Wyborcza płynie we krwi, a mózgi ich przeżarte są jadem z TOK FM. Ale co począć z kolejnym żenującym festiwalem bzdur, który fundują nam media, wałkujące w kółko Macieju kwestię, czy to Rosjanie strzelali do prezydenta w Gruzji, czy też cała strzelanina była gruzińską/abchaską/rosyjską/ jakąś inną prowokacją? Spocony z emocji Michał Kamiński wypowiada w telewizji zdania, za które na moich studiach dostałby pałę z logiki, na stosunkach międzynarodowych lub politologii zabiliby go śmiechem: „To byli na pewno Rosjanie, bo mówili po rosyjsku i z rosyjskim akcentem”. Otóż, panie Kamiński, daj się pan pouczyć, że na Kauzkazie (i w wielu innych okołosowieckich lub postsowieckich miejscach Europy i Azji) miliony ludzi mówią po rosyjsku z czystym rosyjskim akcentem, nie będąc jednocześnie Rosjanami. Rosyjski jest podstawowym językiem wielu Ukraińców, Abchazów, Gruzinów, Osetyńców, Azerów, Ormian itepe itede, więc radziłabym szybko znaleźć jakiegoś psa, a potem roztrzaskać mu tego typu argumenty o dupę. Ciekawa jestem, jak długo jeszcze media będą się zachłystywać tym Kaczyńskiego wymachiwaniem szabelką. Rozumiem, że to kwestia wkurzenia wielu Polaków tym, że Kaczyński znowu, po raz enty robi z siebie idiotę, jeżdżąc do Gruzji w charakterze szlachetnej żywej tarczy. Rozumiem, że trzeba koniecznie komuś dokopać za to, że ochrona prezydenta okazała się grupką ochroniarzy z supermarketu. Ale ile można? Bo prawacy z Rzepy chyba nie sądzą, że ludzie ekscytują się tak bardzo tym, że jeden nadęty facio być może o mało co nie został zabity w kaukaskich krzakach. Niechęć do Kaczyńskich i zażenowanie ich popisami jest produktem niezależnym i samorządnym, a nie wynikiem indoktrynacji wrogich, antynarodowych środowisk.
22:40, komentatorkabloga , kaczy grajdoł
Link Komentarze (24) »
środa, 19 listopada 2008
łopatka na korzenie

W kolejnym mądrym miejscu przeczytałam, że z uzależnieniami można sobie radzić na różne sposoby. Sukcesem jest oczywiście, kiedy alkoholiczka przestanie pić, narkomanka brać narkotyki, a palaczka palić. To wszyscy wiemy. Ale to podobno nie wszystko. Ważną i podstawową sprawą jest wykorzenienie tego uzależnienia, czyli wyrwanie jego korzeni. Co z tego, że przygotowując grunt pod ogród zrównam z ziemią wszystkie drzewa i krzaki, jeśli nie wykopię z ziemi ich korzeni – i ciągle będę się o nie potykać, a moje kwiaty czy zioła będą słabo rosły, bo ziemia będzie pełna starych korzeni. A więc żeby skutecznie i ostatecznie usunąć problem, trzeba usunąć jego przyczynę. OK, każdy się chyba z tym zgodzi. W tym miejscu zaczynają się schody, kończą się zrozumiałe porównania i jasne komunikaty. Bo jak to zrobić? Jak konkretnie może to zrobić alkoholiczka, która co prawda już nie pije, ale codziennie umiera z chęci napicia się i przeraża ją myśl, że tak będzie już zawsze? Czy w tym momencie włącza się psychoterapia i jej mniej lub bardziej tajemnicze mechanizmy, które rozgrywają się za zamkniętymi drzwiami gabinetów  psychoterapeutów?


A co w przypadku uzależnień bardziej „lajtowych”, mniej wyniszczających niż alkoholizm czy narkomania? Mówi się, że każdy z nas jest od czegoś uzależniony i te rodzaje uzależnień można by długo wymieniać: objadanie się słodyczami, telewizja, kino, seks, przesiadywanie w knajpach, czytanie. Internet, gry komputerowe. Ale co to jest uzależnienie i skąd się to bierze, że ludzie co drugi dzień chodzą do kina albo godzinami czytają najróżniejsze strony w internecie, a bez tego odczuwają niepokój? Dlaczego przy spadkach nastroju objadamy się? (Brak poczucia bezpieczeństwa i wskutek tego regres do fazy oralnej, w której pakowaliśmy sobie wszystko do ust?) Czy nie ma innych sposobów na te „lajtowe” uzależnienia, jak tylko psychoterapia? Jak dokopać się własną, domową łopatką do korzeni tych nerwic/uzależnień i wydłubać korzenie własnymi rękami? Może to jest pytanie o to, jak zrozumieć swoje zachowania, jak zrozumieć po prostu siebie.

Chyba zaraz poproszę siebie o zestaw prostszych pytań.

14:03, komentatorkabloga , Haczyki
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16